Melodie dżungli - Rafał Słowikowski
Któż po lekturze książek Arkadego Fiedlera nie marzył, by choć na moment znaleźć się w zielonym piekle dżungli gdzieś nad Orinoko? Rozwiesić hamak w indiańskiej churuacie i spędzić tam noc po sutej kolacji w postaci upieczonego kajmaniego ogona? A gdyby jeszcze usypiać, słuchając jak ary sprzeczają się w koronach drzew o co lepsze miejsce na sen, a o poranku przywitać dzień zajadając śniadanie ze świeżych mango?
Zmęczony tegoroczną zimą i marzeniami, prześladującymi mnie od dzieciństwa, spakowałem plecak, zamknąłem drzwi chałupy na Wybickiego i po 50 godzinach podróży autami, samolotami i motorową łodzią byłem na miejscu!
Z meczetą przez las
Wraz z grupą przyjaciół dotarliśmy nad dopływ Rio Caury w Wenezeueli, która z kolei wpada do Orinoko. Wspaniała, piętrowa i nieskażona dżungla wysoko pnąca się po obu brzegach rzeki i indiańska curriara (długa łódź), szarżująca między porohami i labiryntem skalnych wysp. Nad głowami przemykające tukany lub od czasu do czasu hoacyny spłoszone rykiem japońskiego silnika.
Tropikalny las tak gęsty, że bez maczety nie ma szans przejść 10 metrów! Rośliny kłują, szarpią i tną ubrania, jakby uparły się nie wpuszczać w głąb intruzów. A przecież chcieliśmy tylko sfotografować dzikie orchidee.
Nocna podróż w górę rzeki
Nie dowierzaliśmy własnym oczom – to wszystko już pierwszego dnia z dala od cywilizacji. Pierwszego dnia i nocy, gdyż hamaki przyszło nam rozwieszać dopiero o północy, po nocnej podróży zdradliwą rzeką. Jak ci Indianie to robią, że w ciemności przy pełnych obrotach silnika nie władują się na mieliznę czy podwodne głazy? Ponoć słuchają nurtów rzeki.
W końcu dotarliśmy tak wysoko, że ciągłe przepychanie łodzi przestało mieć jakikolwiek sens. Do tego nasi przewodnicy zaczęli marudzić, bo duchy, jaguary i „ludzie z gór”, czyli dzicy. Szło nam coraz wolniej, ale dżungla zdawała się wyglądać coraz piękniej, dziczej. Im bliżej źródeł, rzeka stawała się coraz mniejsza, płytsza. Ale była też coraz bardziej czysta, wręcz kryształowa! Jakże różniło się to od jej dolnego biegu.
Ucieczka przed piraniami
Pamiętam jak postanowiłem popływać w pobliżu ujścia do Rio Caura. Indianie twierdzili zgodnie, że jest to jak najbardziej bezpieczne, więc beztrosko wskoczyłem do rzeki, popływałem, umyłem się, ogoliłem i stojąc po kolana w wodzie myłem zęby. W pewnej chwili splunąłem pastą do wody. Biała plamka zakręciła się sekundę, po czym coś ją zjadło. Po chwili znowu… Do dziś podziwiam swą prędkość w wyskakiwaniu z wody, gdy zauważyłem, że krwawi mi dziąsło, a to coś co zjada wyplutą pastę przy moich kolanach to PIRANIE!!!
W kryształowych wodach górnej rzeki piranii było znacznie mniej. A szkoda, bo okazały się bardzo smacznymi rybami. Indianie w pięć minut potrafili z gałązek pewnego gatunku drzewa (nieprzepalającego się) przygotować prowizoryczny grill, gdzie w liściach bananowca piekliśmy nie tylko piranie.
Larwy, mrówki i tarantule
Wyżej było za to więcej kajmanów. Pewnie dlatego, że mniej było tam ludzi, którzy chętnie polują na nie dla mięsa w ogonie, przypominającego w smaku kurczaka.
Do ulubionego przysmaku Indian należały jednak zjadane żywcem białe larwy, wielkości kciuka, ruchliwe i szorstkie od spodu. Mało kto z nas pokusił się na taką przekąskę, ale ci co zdołali przegryźć takiego pędraka, szczególnie z orzechów palmy kokosowej, nie wspominali już o niczym innym jak tylko o nich, czyli… „Rafaello”!
Dżungla mimo, że fascynująca zachowuje się jednak tak jakby za wszelką cenę chciała pozbyć się nieproszonych gości. Dość przykre jest, że nie można nigdzie usiąść bo natychmiast jest się autostradą dla mrówek. Nawet o drzewo nie można się oprzeć! Mrówki chodzą po większości, w koronach polują węże a w korzeniach i suchym listowiu przede wszystkim tarantulowate.
Można tylko stać albo leżeć w hamaku z linkami spryskanymi dobrym środkiem owadobójczym, a śpiąc należy trzymać stopy w śpiworze lub polarze. W przeciwnym wypadku palec od nogi jest narażony na ugryzienie nietoperza wampira.

Ryby wampiry
Poza tym słońce, wilgoć, 45 stopni Celsjusza. Ale naprawdę warto! Poddaliśmy się dopiero pewnej nocy, gdy pijąc rum przy ognisku (oczywiście stojąc bądź w kucki) usłyszeliśmy brzęczenie, a po chwili jednemu z nas na twarzy wylądował robal o wyglądzie zmutowanego karalucha wielkości dłoni. Każdy uciekł do swego hamaka, a rano wiedzieliśmy już, że trzeba wracać.
Po powrocie do Ciudad Bolivar postanowiliśmy się zrelaksować po trudach w dżungli znów ruszając w dżunglę… tym razem nad rzekę Paraguę. Tam jednak spaliśmy w specjalnym campie, gdzie jedynym naszym zmartwieniem poza łowieniem ryb o zębach przypominających wampiry, było wstawanie wcześniej niż dwumetrowe iguany. Podobnie jak my, przepadały one za dojrzałymi owocami mango, spadającymi każdej nocy przy naszej chacie.
Rafał Słowikowski



































