Nie tylko fiordy - Rafał Słowikowski
Przyzwyczajony do podróżowania po różnych kontynentach, w dżunglach, tajdze, na stepach, uległem namowom pewnej uroczej studentki skandynawistyki, by ruszyć nieco bliżej – do rozreklamowanej krainy fiordów, skaczących łososi i trolli, czyli do Norwegii. Zapakowaliśmy samochód po dach i wyżej. Cóż, poza wędkami, namiotami, kajakiem, itp. musiała się tam także zmieścić połowa pewnej kolekcji sukienek.
Ruszyliśmy z Gdańska promem do Nyneshamn, by po kolejnych kilkuset kilometrach jazdy samochodem dotrzeć nad ogromne jezioro Femunden, tuż za szwedzką granicą, nieopodal Røros. Wszędobylskie renifery, świerkowe lasy, kamieniste wzniesienia, chaty kryte darnią – wszystko przypominało, że jesteśmy w sercu Skandynawii. Auto zamieniliśmy na kajak, w którym spędziliśmy kilka pierwszych dni, rozbijając się w najdzikszych miejscach.
Norwegia faktycznie ma wiele terenów, chciałoby się rzec nietkniętych – im dalej od miast tym bardziej dziko. Zbieranie grzybów, jagód i łowienie pstrągów urozmaicało czas wyśmienicie. Tylko te komary i meszki! Któregoś dnia naliczyłem na Agacie ponad sto ukąszeń tylko na twarzy i szyi!
Woły piżmowe z Dovre
Kolejnym celem miały być woły piżmowe w górach Dovre. Jakimś cudem udało nam się dostać na wojskowy poligon, gdzie zwierzęta te wielkości bizonów mają swą ostoję. Woły są łagodnymi roślinożercami, jednak człowiek po przekroczeniu niewidzialnej granicy 200 metrów od zwierzęcia naraża się na ogromne niebezpieczeństwo. Wołom wówczas „przestawia się piąta klepka” i nierzadko podejmują szarżę.
400- kilogramowa, rozpędzona lokomotywa zmiażdży samochód, a co dopiero człowieczka. W górach tych zginęli już turyści, którzy niechcący natknęli się na agresywnego byka. Na wszelki wypadek po kilku godzinach jazdy i marszu namierzyliśmy śpiącą na śniegu krowę i też ją postanowiliśmy podejść. Agata dzielnie nie odstępowała mnie na krok, a do pokonania mieliśmy kilka lodowatych strumieni w bród. Gdy byliśmy 100 metrów od zwierzęcia, bydlę podniosło głowę i fuknęło. Nerwy napięte do granic wytrzymałości zmusiły nas do ostrożnego odwrotu, co stało się tematem ciągłych żartów ze strony mej kompanki.
Jottunheimen – „dom olbrzymów”
Oczywiście nie darowalibyśmy sobie ominięcia najwyższego szczytu Norwegii, zatem któregoś dnia wylądowaliśmy w górach Jottunheimen, które stały się bazą wypadową na Galdhøpiggen (2469 m n.p.m.).
Ta wysokość może nie jest imponująca, ale przynajmniej nie trzeba mieć specjalistycznego sprzętu. Przy dobrych wiatrach szczyt można zdobyć w jeden dzień i o ile pogoda pozwoli, widoki chwycą za serce. Pola wiecznego śniegu przeplatają się z kamiennymi osuwiskami, a satysfakcja z jego zdobycia jest niemała. Na szczycie zastaliśmy rodzinę Norwegów z kilkuletnimi dziećmi, ale schodząc spotykaliśmy też ludzi, którzy poddawali się i to już po raz wtóry.
W końcu fiordy
Faktycznie ich sława nie jest przesadzona i faktycznie widoki nie raz zapierają dech w piersi. Turkusowa bądź amarantowa woda, skleszczona w wąskich przesmykach wysokich kamiennych ścian musi robić wrażenie. A gdy do fiordu jeszcze wpływa prom wycieczkowy, wita się syreną, a echo odbijane od gór biegnie kilometrami – po prostu szczęka opada.
Mimo że zmorą jest natłok turystów, polecam gorąco odwiedzenie chyba najpopularniejszego Geiranger fiord i wodospadu Siedmiu Sióstr. Opłynęliśmy go kajakiem i faktycznie jest to wspaniałe doświadczenie. Trzeba pamiętać o kapokach, a i warto zabrać wędkę.
Złowione dorsze z Geiranger’a smakowały wybornie. Wody te obfitują w ryby.
Serpenty w górach
Potem zaliczyliśmy Taffiord w rejonie słynącym z wybornych truskawek. Tam obserwowałem morświny polujące na wyskakujące z wody w popłochu łososie. Kolejną atrakcją było Trollstigen, czyli trudny podjazd/zjazd (zależy od której strony się jedzie) serpentynami po stromym stoku, przecinanym przez wodospady. Zjazd jest fascynujący, podjazd jednak to istny koszmar, szczególnie dla aut z przyczepami campingowymi czy autokarów. Widoki jednak wynagradzają wszystko.
We fiordzie Nora łowiłem chyba najwięcej dorszy i makrel na godzinę, a Agata biła rekordy w zbieraniu jagód.
Szlak wodospadów
Norweską odyseję kończyliśmy w górach zwanych domem trolli – „Trollheimen”. Ruszyliśmy szlakiem wodospadów, by po wielu kilometrach dostać się do najdalszych pstrągowych jezior. Mój wędkarski amok nie opuszczał mnie ani na krok, a Agata skupiła się jednak na tym co kocha – na górach. Nie tylko widoki, ale i mała ilość spotykanych turystów poprawiała samopoczucie. Niestety, popsuła się pogoda i musieliśmy spędzić dwie doby w małym, zagubionym pośród skał domku. Łowione tam pstrągi uratowały nam życie. Zakochaliśmy się jeszcze bardziej w Norwegii i … w sobie.

Rafał Słowikowski




































Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.